Zdjęcie użytkownika SKPT Warszawa.19 grudnia zmarł w Warszawie Karol Ludwik Kortum, kupiec, bankowiec, przyrodnik, jeden z pionierów polskiej meteorologii.

Kortum urodził się w 1749 roku w Bielsku na Śląsku. W Warszawie odnotowany w latach 80., kiedy to pełnił funkcję konsyliarza królewskiego. Po kryzysie 1792 roku był członkiem komisji ds. upadłych banków. W epoce pruskiej nadzorował warszawskie szpitale, doradzał władzom w zakresie wag i miar, w czasach Księstwa Warszawskiego negocjował z zagranicznymi dostawcami import soli.

Zapewnił sobie wzmianki w słownikach biograficznych i podręcznikach historii nauki swoimi zainteresowaniami badawczymi. Zajmował się kwestiami ochrony odgromowej (praca „Rozprawa o niektórych szczegółach wymagaiących pilnieyszey baczności przy zakładaniu konduktorów na budowlach mieszkalnych” z 1803 roku), badaniem meteorytów („Uwagi nad kamieniami meteorycznymi, z przyłączonym opisem kamienia, który spaśdź miał na Ukrainie pod Białącerkwią w roku 1797”), optyką („Rozprawa o niektórych łączeniach się światła, i zdolności dostrzeganey w różnych ciałach, przytrzymania go przez niejaki czas na swojej powierzchni”). Prowadził skrupulatne pomiary meteorologiczne, m.in. trzy razy dziennie mierzył ciśnienie atmosferyczne, dzięki czemu dysponujemy ciągłymi danymi dla Warszawy już od 1779 roku.

Najprawdopodobniej w zakresie nauk przyrodniczych był samoukiem, jednak badacze tematu podkreślają jego doskonałą znajomość aktualnego stanu wiedzy epoki oraz wprawne posługiwanie się metodą naukową w prowadzeniu własnych badań. Od 1802 roku Kortum był członkiem Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Należał do warszawskiej parafii ewangelicko-augsburskiej Świętej Trójcy i na parafialnym cmentarzu przy Młynarskiej został pochowany.

Ilustracja z XVIII pokazująca typy piorunochronów za inzynierbudownictwa.pl.

Zdjęcie użytkownika SKPT Warszawa.

Kto przeczytał „Przedwiośnie”, a wszakże wszyscy przeczytali, być może pamięta ten dialog Gajowca z Cezarym:

„- Te figury? To „warszawiacy” czasów minionych: Marian Bohusz, Stanisław Krzemiński, Edward Abramowski.

– „Warszawiacy”? Dlaczego im pan nadaje taki tytuł ogólny i wspólny? Czy dlatego, że w Warszawie mieszkali?

– Nie. Nie dlatego. Za czasów niewoli rosyjskiej mieliśmy tutaj w Warszawie znakomitych pracowników, świetne charaktery, doskonałych uczonych, którzy żyli w tłumie, przeszli nie postrzeżeni i nie uznani. Zupełnie – greccy niewolnicy. Ludzie ci należeli do typu, który się w tłumie rozpłynął, znikł, lecz nasycił sobą pokolenie. Z tych ludzi my – to jest moje pokolenie – wyssaliśmy wszystko, czym żyjemy aż dotąd.

[…]

– A ten drugi?

– Ten drugi – to Stanisław Krzemiński. Niegdyś członek Rządu Narodowego w roku 63. Historyk, eseista, bibliofil i biblioman, a nade wszystko badacz samoistny. Typ encyklopedysty. Straszna jakaś pamięć. Wszystko w głowie. Gdzie indziej byłby głośnym i czczonym pisarzem, pracowałby w spokoju na sławę i pomnik. W dawnej Warszawie był publicystą, pisarzem artykułów politycznych, niepochwytnym dla wroga przemytnikiem na pograniczu dawnych i nowych czasów. Sekretnie, sposobem tajnym, do ludzi, którzy go czcili, pisał o Polsce: „Pani moja, Mocarka wielka, Matka najsłodsza”. Wierzył niezmiennie i przeciw wszystkiej rzeczywistości w niepodległość przyszłą narodu podartego i nieszczęśliwego, gdyż znał jego siłę w przeszłości, pomimo wszelkich tego narodu wad i win. Tę pewność swej wiary przekazywał otoczeniu przez całe swe życie. Badał przeszłość samoistnie, u źródeł. Zagrzebany w Tomicjanach, w reformie wychowawczej Konarskiego, pisał jednocześnie o najnowszych sztukach i figlach dyplomacji współczesnej. Pracował bez przerwy, bez wytchnienia, jako kanclerz bezsenny nieistniejącego państwa. Błogosławiony warszawiak! W ubogim swoim mieszkaniu, wśród ukochanych książek i pism, do ostatniej chwili nad wielką dawną i nową Polską – zasnął na posterunku.”

Dziś właśnie obchodzimy rocznicę urodzin Krzemińskiego, urodzonego 16 grudnia 1839 roku w Warszawie. Wyższą edukację rozpoczął w Akademii Medyko-Chirurgicznej; uciekając przed aresztowaniem za udział w konspiracji, trafił na paryską Sorbonę, a następnie do Heidelbergu, gdzie studiował filozofię i prawo. Już wcześniej związany z Mierosławskim, wszedł w skład delegacji ofiarującej mu dyktaturę powstania styczniowego. Następnie zostawał członkiem rządów powstańczych: Majewskiego, Dobrowolskiego i Traugutta. Kilkakrotnie aresztowany, uwalniany jednak z zarzutów, uniknął kar, które dotknęły wielu jego kolegów.

Po 1868 roku zajął się pracą dziennikarską w „Kurierze”, „Bluszczu”, a zwłaszcza w „Kłosach”. Pisał prace z zakresu historii, filozofii, etyki, redagował „Wielką encyklopedię powszechną”. Był wolnomularzem, członkiem warszawskiej loży „Wyzwolenie”.

Zmarł w 1912 roku, został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim.

Na zdjęciu z Wikipedia Commons redakcja „Kłosów” w 1876 roku. Krzemiński pierwszy z lewej.

Zdjęcie użytkownika SKPT Warszawa.W ramach dzisiejszej „Kartki z kalendarza” przypomnimy postać nietuzinkową, a jednocześnie niesłusznie zapomnianą ‒ pierwszą pianistkę, który zyskała sławę na całym Starym Kontynencie.

Zaczęło się wszystko 15 grudnia 1789 r. w Warszawie, gdzie w rodzinie Wołoskich przyszła na świat córka Maria. Urodziła się w domu piwowara z Woli Franciszka Wołoskiego (jego browar mieścił się u zbiegu Walicowa i Grzybowskiej) oraz Barbary z Lanckorońskich jako czwarte z dziesięciorga dzieci. Ojciec wywodził się od Salomona ben Eliasza, wyznawcy i współtwórcy sekty frankistów. Po śmierci proroka Franka rodzina przyjęła chrześcijaństwo i się zasymilowała, przejmując polskie zwyczaje i wykazując gorący patriotyzm oraz uzyskując szlachectwo i herb Bawół. „Szereg mężów zasłużonych na różnych polach wyszedł z ich krwi. Nawet kobiety tej utalentowanej rodziny odznaczały się niepospolitymi zdolnościami i cnotami obywatelskimi. Wszystkie domy frankistowskie, w które weszła Wołowska jako żona i matka, wydały ludzi zdolnych” – tak scharakteryzował wolski klan historyk Teodor Jeske-Choiński.

Mała Marynia stała się szybko ozdobą domu Wołoskich, gdyż dziecko było obdarzone niesamowitym słuchem muzycznym. Dziewczynka potrafiło akompaniować matce, zanim jeszcze poznała nuty. Niedługo potem dziewczynka sama grała znane lub wymyślone przez siebie melodie. Aleksander Brückner pisał, że już w ósmym roku życia wspaniale grała na fortepianie. Tyle tylko że słuchacze zwykle pozostawali w salonie, a mała pianistka grała w przyległym pokoju, gdyż już w tym czasie trapiła ją trema. Doskonale wyrobiona w towarzystwie przed występami traciła pewność siebie, a obecność szerszej publiczności wręcz ją paraliżowała.

Rodzice starali się zapewnić córce jak najlepsze wykształcenie, ze szczególnym naciskiem na muzykę, w zakresie której dziewczynka była szczególnie uzdolniona. Pierwszym nauczycielem Marii został niejaki Lisowski, który po dwóch latach stwierdził, iż jego lekcje są już zbędne. Maria była od niego po prostu lepsza. Następnie przez cztery lata gry uczył Tomasz Gremm. Niewykluczone, że dorywczo mógł udzielać jej wskazówek uczeń Haydna, głośny kompozytor, pianista i dyrygent Franciszek Lessel. Rodzice zwracali się do uznanych muzyków o ocenę jej gry. Niezwykle pochlebne opinie sprawiły, że zdecydowali się wysłać ją do Paryża. Również na francuskich muzykach wywarła wielkie wrażenie. Miarą sukcesu był fakt, że sławny Luigi Cherubini poświęcił 20-letniej Polce fantazję fortepianową… „w dowód czci i szacunku”.

Po powrocie z Francji wchodząca w dorosłość Maria została wydana za mąż. Jej mężem został Józef Szymanowski, z pochodzenia również frankista, ziemianin. Dzierżawił majątek pod Warszawą i cieszył się opinią człowieka uczciwego, światłego i cywilizowanego. Maria Szymanowska prowadziła dom, zajmowała się wspólnymi dziećmi: Heleną, Celiną (przyszłą żoną Adama Mickiewicza) i Romualdem, ale nie porzuciła muzyki. Komponowała, ćwiczyła i występowała na koncertach dobroczynnych. Pomiędzy małżonkami ujawniła się jednak odmienność charakteru. Doprowadziło to do ich rozwodu, po którym to Marii spoczął w całości obowiązek wychowania dzieci. „Szymanowska, kiedy jej Bóg odebrał majątek, nie chcąc być nikomu ciężarem, własną pracą los swój i dzieci zapewnić z dumnie do góry wzniesionym czołem postanowiła, bo tak uczciwemu człowiekowi przystoi” – tak sytuację pianistki ocenił lekarz oraz jej przyjaciel Stanisław Morawski.

Maria Szymanowska kontynuowała swoją karierę pianistki, osiągając europejską sławę. Lecz opowieść o tych wydarzeniach zostawimy na kolejną „Kartkę z kalendarza”.

Maria Szymanowska ok. 1830 r., źródło: Culture.pl

Zdjęcie użytkownika SKPT Warszawa.Od 15 grudnia 1997 roku warszawiacy mogli ponownie podziwiać jeden z pomników, które dobrze już wrosły w krajobraz miasta. Ponownie, gdyż od tego dnia pomnik stał w zupełnie nowej lokalizacji. To właśnie tego dnia odsłonięto w wykopie tunelu Trasy W-Z pomnik Bohaterów Warszawy, czyli popularnie rzecz ujmując – warszawską Nike.

Pomnik przeniesiono, aby zrobić miejsce dla budynku udającego zrekonstruowany przedwojenny ratusz Warszawy czyli Pałac Jabłonowskich. Wcześniej, od 1964 roku, kiedy został on odsłonięty po raz pierwszy, stał bowiem naprzeciwko Teatru Wielkiego. Nową lokalizację wybrał i wykonał sam autor rzeźby, Marian Konieczny, zaś cokół o wysokości 14 m zaprojektowała Marta Pinkiewicz-Woźniakowska. W zamyśle cokół miał być jeszcze wyższy, ponad dwudziestometrowy, ale na to nie zgodziły się władze Warszawy. Aby umieścić pomnik w nowym miejscu potrzeba było również wykopać bardzo głębokie fundamenty, podłoże bowiem w tamtym miejscu nie jest zwięzłe (ziemia i gruz).

Co ciekawe przenosiny, wydaje się, wyszły pomnikowi na plus. Rzeźba, stojąca wcześniej na niskim i przysadzistym cokole, była w odczuciu odbiorcy zbyt ciężka (ma 7 m wysokości, podczas gdy cokół miał jedynie 6). Dodatkowo, ze względu na lokalizację przy ruchliwej trasie, paradoksalnie może ją oglądać więcej osób.

Ciekawostką jest fakt, że rzeźba została wykonana z brązu wzmocnionego w niektórych miejscach innymi materiałami, m.in. strunami fortepianowymi. To wszystko po to, żeby przeciwdziałać zniszczeniu jej przez wiatr. Nawet po tych zabiegach mający ok. 2 m długości miecz odchyla się o ok. 15 cm.

Na zdjęciu Nike w starej jeszcze lokalizacji, na pocztówce z lat 70., za fotopolska.eu

Zdjęcie użytkownika SKPT Warszawa.13 grudnia 1860 roku odbyło się zebranie założycielskie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Królestwie Polskim, jednej z najważniejszych i najbardziej prestiżowych organizacji zajmujących się promocją polskiej sztuki.

By zebranie to mogło dojść do skutku, trzeba było jednak długich przygotowań. Bezpośrednim impulsem był sukces „Wystawy Krajowej” zorganizowanej w 1858 roku w Pałacu Mokronowskich przez artystów takich jak Franciszek Kostrzewski, Ludwik Kurella, Tytus Maleszewski, Karol Marconi, Józef Simmmler i inni, z Wojciechem Gersonem na czele. Powodzenie wystawy nasunęło myśl o stworzeniu Towarzystwa.

Napisano Ustawę, czyli statut stowarzyszenia, którą namiestnik Michaił Gorczakow przedstawił cesarzowi Aleksandrowi II. Ten statut zatwierdził 16 października 1860 roku ss. Ogłoszono go urzędowo dwa dni później i droga do powstania Zachęty była otwarta.

By jednak Towarzystwo zostało należycie powołane, najeżało zorganizować zebranie założycielskie. Doszło do niego właśnie 13 grudnia pod kierunkiem Kuratora Okręgu Naukowego Warszawskiego Pawła Muchanowa, który też, niejako z urzędu, został pierwszym prezesem Zachęty. Wyłoniono również Komitet, którego członkami zostali: Leon Dembowski, Edward bar. Rastawiecki, Rafał Hadziewicz, Konstanty Hegel, Juliusz Kossak, Justynian Karnicki, Józef Ignacy Kraszewski, Aleksander hr. Przeździecki, Stanisław hr. Zamoyski, Alfred Schouppe, January Suchodolski, Józef Simmler, Wacław Łuszczewski i Ksawery Kaniewski.

Pierwsze czterdzieści (!) lat działalności upłynęło pod znakiem braku stałej siedziby. Długo by wymieniać miejsca, gdzie organizowano wystawy: Pałac Mokronowskich, Hotel Europejski, klasztor pobernardyński, Resursa Obywatelska, pawilon przy Pałacu Potockich… Dopiero wzniesienie gmachu przy placu Ewangelickim otworzyło nowy rozdział w dziejach Towarzystwa. Ale to już inna historia…

Okładka „Ustawy Towarzystwa Zachęty” za Mazowiecką Biblioteką Cyfrową.

Zdjęcie użytkownika SKPT Warszawa.W polskiej historii postać Napoleona Bonapartego jest zaliczana do grona bohaterów narodowych. W przeciwieństwie do innych narodów Europy, w Polsce armia napoleońska przyniosła powiew wolności, który ziścił się w postaci Księstwa Warszawskiego. Polacy wiązali z osobą Cesarza Francuzów olbrzymie nadzieje na wskrzeszenie Rzeczypospolitej.

Z jednej strony na fali entuzjazmu dla Napoleona oraz chęci przypodobania się cesarzowi 12 grudnia 1807 r. dokonano w Warszawie rzeczy precedensowej. Imieniem Napoleona Bonapartego nazwano ulicę Miodową. Co należy pokreślić w początkach XIX w. była to jedna z głównych arterii miasta, która wraz z Krakowskim Przedmieściem wyznaczała ścisłe centrum miasta i stanowiła kręgosłup komunikacyjny Warszawy. Można zadać pytanie, jakiż precedens wyznacza to zdarzenie?

Do 1807 r. nazwy ulic i placów kształtowały się w sposób „oddolny”. Tworzyli je mieszkańcy, którym dana ulica lub plac kojarzył się bądź to z miejscem (np.: Świętojańska – od kościoła św. Jana lub Szeroki Dunaj od nazwy rzeczki), bądź z zawodami (np.: Piwna, Bednarska, Rybaki). Nie było jednak żadnej ulicy, która by nosiła nazwisko żyjącej, bądź zmarłej osoby. Nawet ulica Marszałkowska, która nazwę otrzymała po marszałku Franciszku Bielińskim nie została wprost jego imieniem. Uczynienie patronem ulicy Napoleona, stanowiło złamanie wielowiekowej tradycji. Dlaczego zatem cały czas mamy ulicę Miodową?

Po pierwsze, rok 1812 stanowił początek końca Napoleona. Warszawa jak całe Księstwo zostało zajęte przez armię rosyjską. Jest zrozumiałym, iż jedna z głównych ulic nie może nosić imienia głównego wroga, który zresztą został pokonany. Po drugie nazwa ulicy Napoleona po prostu nie przyjęła się w Warszawie, a jej mieszkańcy posługiwali się nadal starą nazwą: Miodową. Nie powinno nas to dziwić, ponieważ cały czas nazwy potoczne rozmijają się nazwami oficjalnymi. Mówmy zatem, że jedziemy przez Most Północny, podczas gdy jego patronką jest Maria Skłodowska-Curie, spotykamy się przy rondzie Babka, choć tramwaj zatrzymuje się na przystanku Rondo Radosława.

Fragment planu von Bacha z roku 1808, w centralnej części widać ulicę Napoleona.

Zdjęcie użytkownika SKPT Warszawa.Większość z Państwa zapewne pamięta jarzeniówki, które swoim monotonnym brzęczeniem oraz zapalaniem się „z przytupem” umilały niejedną lekcję czy 8 godzin w zakładzie pracy. Żarówki te, jak również wiele innych lamp i żarówek, były produkowane w zakładach, decyzja o powstaniu których zapadła równo 68 lat temu, 9 grudnia 1948 roku. Właśnie wtedy zdecydowano o scaleniu w jedną państwową fabrykę zakładów produkcji lamp radiowych z Dzierżoniowa oraz dawnej fabryki Philipsa, istniejącej już w Warszawie przy Karolkowej od roku 1922.

Kadry dla nowej fabryki udało się jeszcze przeszkolić (oraz zdobyć większość know-how) przy pomocy Holendrów, którzy mieli nadzieję wrócić po wojnie, niestety nowe realia ekonomiczne spowodowały, że przedsiębiorstwo stało się państwowe i zyskało patronkę w osobie Róży Luksemburg, warszawianki, socjaldemokratki, a później entuzjastki międzynarodowego komunizmu i Niemieckiej Republiki Rad.

Produkcja lamp radiowych ruszyła juz w grudniu 1948, na inne lampy i żarówki trzeba było poczekać do czerwca 1949. Fabryka stopniowo unowocześniała się i rozszerzała asortyment o kolejne typy żarówek oraz innych urządzeń jak lampy halogenowe, sodowe do oświetlania ulic i oscyloskopy, znanych pod zbiorcza marka POLAM. Zakładami współpracującym z fabryką były m.in. zakłady ELGO z Gostynina i zakład metalowy ZWLE z Pułtuska.

Po okresie transformacji i przekształceń własnościowych fabrykę zamknięto, zaś budynki starano się zamienić w biurowce. Niestety podczas tych prac odkryto, iż poziom zanieczyszczenia rtęcią jest bardzo wysoki i nie da się w nich pracować, w związku z czym budynki zostały wyburzone. Na zdjęciu jeden z budynków in statu descendi (rok 2011).

Fabryka mieściła się między ulicami Towarową a Przyokopową.