opis

skpt.warszawa@gmail.com

Kartka z Kalendarza

Kartka z kalendarza

Większość z Państwa zapewne pamięta jarzeniówki, które swoim monotonnym brzęczeniem oraz zapalaniem się „z przytupem” umilały niejedną lekcję czy 8 godzin w zakładzie pracy. Żarówki te, jak również wiele innych lamp i żarówek, były produkowane w zakładach, decyzja o powstaniu których zapadła równo 68 lat temu, 9 grudnia 1948 roku. Właśnie wtedy zdecydowano o scaleniu w jedną państwową fabrykę zakładów produkcji lamp radiowych z Dzierżoniowa oraz dawnej fabryki Philipsa, istniejącej już w Warszawie przy Karolkowej od roku 1922. Kadry dla nowej fabryki udało się jeszcze przeszkolić (oraz zdobyć większość know-how) przy pomocy Holendrów, którzy mieli nadzieję wrócić po wojnie, niestety nowe realia ekonomiczne spowodowały, że przedsiębiorstwo stało się państwowe i zyskało patronkę w osobie Róży Luksemburg, warszawianki, socjaldemokratki, a później entuzjastki międzynarodowego komunizmu i Niemieckiej Republiki Rad. Produkcja lamp radiowych ruszyła juz w grudniu 1948, na inne lampy i żarówki trzeba było poczekać do czerwca 1949. Fabryka stopniowo unowocześniała się i rozszerzała asortyment o kolejne typy żarówek oraz innych urządzeń jak lampy halogenowe, sodowe do oświetlania ulic i oscyloskopy, znanych pod zbiorcza marka POLAM. Zakładami współpracującym z fabryką były m.in. zakłady ELGO z Gostynina i zakład metalowy ZWLE z Pułtuska. Po okresie transformacji i przekształceń własnościowych fabrykę zamknięto, zaś budynki starano się zamienić w biurowce. Niestety podczas tych prac odkryto, iż poziom zanieczyszczenia rtęcią jest bardzo wysoki i nie da się w nich pracować, w związku z czym budynki zostały wyburzone. Na zdjęciu jeden z budynków in statu descendi (rok 2011). Fabryka mieściła się między ulicami Towarową a Przyokopową.

W polskiej historii postać Napoleona Bonapartego jest zaliczana do grona bohaterów narodowych. W przeciwieństwie do innych narodów Europy, w Polsce armia napoleońska przyniosła powiew wolności, który ziścił się w postaci Księstwa Warszawskiego. Polacy wiązali z osobą Cesarza Francuzów olbrzymie nadzieje na wskrzeszenie Rzeczypospolitej. Z jednej strony na fali entuzjazmu dla Napoleona oraz chęci przypodobania się cesarzowi 12 grudnia 1807 r. dokonano w Warszawie rzeczy precedensowej. Imieniem Napoleona Bonapartego nazwano ulicę Miodową. Co należy pokreślić w początkach XIX w. była to jedna z głównych arterii miasta, która wraz z Krakowskim Przedmieściem wyznaczała ścisłe centrum miasta i stanowiła kręgosłup komunikacyjny Warszawy. Można zadać pytanie, jakiż precedens wyznacza to zdarzenie? Do 1807 r. nazwy ulic i placów kształtowały się w sposób „oddolny”. Tworzyli je mieszkańcy, którym dana ulica lub plac kojarzył się bądź to z miejscem (np.: Świętojańska – od kościoła św. Jana lub Szeroki Dunaj od nazwy rzeczki), bądź z zawodami (np.: Piwna, Bednarska, Rybaki). Nie było jednak żadnej ulicy, która by nosiła nazwisko żyjącej, bądź zmarłej osoby. Nawet ulica Marszałkowska, która nazwę otrzymała po marszałku Franciszku Bielińskim nie została wprost jego imieniem. Uczynienie patronem ulicy Napoleona, stanowiło złamanie wielowiekowej tradycji. Dlaczego zatem cały czas mamy ulicę Miodową? Po pierwsze, rok 1812 stanowił początek końca Napoleona. Warszawa jak całe Księstwo zostało zajęte przez armię rosyjską. Jest zrozumiałym, iż jedna z głównych ulic nie może nosić imienia głównego wroga, który zresztą został pokonany. Po drugie nazwa ulicy Napoleona po prostu nie przyjęła się w Warszawie, a jej mieszkańcy posługiwali się nadal starą nazwą: Miodową. Nie powinno

13 grudnia 1860 roku odbyło się zebranie założycielskie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Królestwie Polskim, jednej z najważniejszych i najbardziej prestiżowych organizacji zajmujących się promocją polskiej sztuki. By zebranie to mogło dojść do skutku, trzeba było jednak długich przygotowań. Bezpośrednim impulsem był sukces „Wystawy Krajowej” zorganizowanej w 1858 roku w Pałacu Mokronowskich przez artystów takich jak Franciszek Kostrzewski, Ludwik Kurella, Tytus Maleszewski, Karol Marconi, Józef Simmmler i inni, z Wojciechem Gersonem na czele. Powodzenie wystawy nasunęło myśl o stworzeniu Towarzystwa. Napisano Ustawę, czyli statut stowarzyszenia, którą namiestnik Michaił Gorczakow przedstawił cesarzowi Aleksandrowi II. Ten statut zatwierdził 16 października 1860 roku ss. Ogłoszono go urzędowo dwa dni później i droga do powstania Zachęty była otwarta. By jednak Towarzystwo zostało należycie powołane, najeżało zorganizować zebranie założycielskie. Doszło do niego właśnie 13 grudnia pod kierunkiem Kuratora Okręgu Naukowego Warszawskiego Pawła Muchanowa, który też, niejako z urzędu, został pierwszym prezesem Zachęty. Wyłoniono również Komitet, którego członkami zostali: Leon Dembowski, Edward bar. Rastawiecki, Rafał Hadziewicz, Konstanty Hegel, Juliusz Kossak, Justynian Karnicki, Józef Ignacy Kraszewski, Aleksander hr. Przeździecki, Stanisław hr. Zamoyski, Alfred Schouppe, January Suchodolski, Józef Simmler, Wacław Łuszczewski i Ksawery Kaniewski. Pierwsze czterdzieści (!) lat działalności upłynęło pod znakiem braku stałej siedziby. Długo by wymieniać miejsca, gdzie organizowano wystawy: Pałac Mokronowskich, Hotel Europejski, klasztor pobernardyński, Resursa Obywatelska, pawilon przy Pałacu Potockich… Dopiero wzniesienie gmachu przy placu Ewangelickim otworzyło nowy rozdział w dziejach Towarzystwa. Ale to już inna historia… Okładka „Ustawy Towarzystwa Zachęty” za Mazowiecką Biblioteką Cyfrową.

W ramach dzisiejszej „Kartki z kalendarza” przypomnimy postać nietuzinkową, a jednocześnie niesłusznie zapomnianą ‒ pierwszą pianistkę, który zyskała sławę na całym Starym Kontynencie. Zaczęło się wszystko 15 grudnia 1789 r. w Warszawie, gdzie w rodzinie Wołoskich przyszła na świat córka Maria. Urodziła się w domu piwowara z Woli Franciszka Wołoskiego (jego browar mieścił się u zbiegu Walicowa i Grzybowskiej) oraz Barbary z Lanckorońskich jako czwarte z dziesięciorga dzieci. Ojciec wywodził się od Salomona ben Eliasza, wyznawcy i współtwórcy sekty frankistów. Po śmierci proroka Franka rodzina przyjęła chrześcijaństwo i się zasymilowała, przejmując polskie zwyczaje i wykazując gorący patriotyzm oraz uzyskując szlachectwo i herb Bawół. „Szereg mężów zasłużonych na różnych polach wyszedł z ich krwi. Nawet kobiety tej utalentowanej rodziny odznaczały się niepospolitymi zdolnościami i cnotami obywatelskimi. Wszystkie domy frankistowskie, w które weszła Wołowska jako żona i matka, wydały ludzi zdolnych” – tak scharakteryzował wolski klan historyk Teodor Jeske-Choiński. Mała Marynia stała się szybko ozdobą domu Wołoskich, gdyż dziecko było obdarzone niesamowitym słuchem muzycznym. Dziewczynka potrafiło akompaniować matce, zanim jeszcze poznała nuty. Niedługo potem dziewczynka sama grała znane lub wymyślone przez siebie melodie. Aleksander Brückner pisał, że już w ósmym roku życia wspaniale grała na fortepianie. Tyle tylko że słuchacze zwykle pozostawali w salonie, a mała pianistka grała w przyległym pokoju, gdyż już w tym czasie trapiła ją trema. Doskonale wyrobiona w towarzystwie przed występami traciła pewność siebie, a obecność szerszej publiczności wręcz ją paraliżowała. Rodzice starali się zapewnić córce jak najlepsze wykształcenie, ze szczególnym naciskiem na muzykę, w zakresie której dziewczynka była szczególnie uzdolniona.

19 grudnia zmarł w Warszawie Karol Ludwik Kortum, kupiec, bankowiec, przyrodnik, jeden z pionierów polskiej meteorologii. Kortum urodził się w 1749 roku w Bielsku na Śląsku. W Warszawie odnotowany w latach 80., kiedy to pełnił funkcję konsyliarza królewskiego. Po kryzysie 1792 roku był członkiem komisji ds. upadłych banków. W epoce pruskiej nadzorował warszawskie szpitale, doradzał władzom w zakresie wag i miar, w czasach Księstwa Warszawskiego negocjował z zagranicznymi dostawcami import soli. Zapewnił sobie wzmianki w słownikach biograficznych i podręcznikach historii nauki swoimi zainteresowaniami badawczymi. Zajmował się kwestiami ochrony odgromowej (praca „Rozprawa o niektórych szczegółach wymagaiących pilnieyszey baczności przy zakładaniu konduktorów na budowlach mieszkalnych” z 1803 roku), badaniem meteorytów („Uwagi nad kamieniami meteorycznymi, z przyłączonym opisem kamienia, który spaśdź miał na Ukrainie pod Białącerkwią w roku 1797”), optyką („Rozprawa o niektórych łączeniach się światła, i zdolności dostrzeganey w różnych ciałach, przytrzymania go przez niejaki czas na swojej powierzchni”). Prowadził skrupulatne pomiary meteorologiczne, m.in. trzy razy dziennie mierzył ciśnienie atmosferyczne, dzięki czemu dysponujemy ciągłymi danymi dla Warszawy już od 1779 roku. Najprawdopodobniej w zakresie nauk przyrodniczych był samoukiem, jednak badacze tematu podkreślają jego doskonałą znajomość aktualnego stanu wiedzy epoki oraz wprawne posługiwanie się metodą naukową w prowadzeniu własnych badań. Od 1802 roku Kortum był członkiem Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Należał do warszawskiej parafii ewangelicko-augsburskiej Świętej Trójcy i na parafialnym cmentarzu przy Młynarskiej został pochowany. Ilustracja z XVIII pokazująca typy piorunochronów za inzynierbudownictwa.pl.

Ślub z zasady powinien być początkiem nowej, szczęśliwej drogi. Ponieważ jest to jedno z ważniejszych wydarzeń w życiu człowieka, na ceremonię zaprasza się nie tylko rodzinę, ale również znajomych. Nie inaczej było 5 czerwca 1943 r. na ślubie Mieczysława Uniejewskiego (zdjęcie zawikimedia.org) z Teofilą Suchanek. Kościół św. Aleksandra na pl. Trzech Krzyży był pełen gości. To, co sprawiło, iż wspominamy dziś to wydarzenie to finał tego ślubu, który dla jego uczestników był tragiczny. Pod koniec nabożeństwa, gdy młoda para odeszła już od ołtarza, do kościoła wtargnęli Niemcy aresztując wszystkich weselników z nowożeńcami na czele. Pan młody był bowiem członkiem oddziału „Osa–Kosa”, należącego do Organizacji Specjalnych Akcji Bojowych AK. Jednostka ta była wykorzystywana do przeprowadzania specjalnych operacji dywersyjnych. Ich dziełem była m.in. nieudana próba likwidacji Wyższego Dowódcy SS i Policji w GG, Friedricha Wilhelma Krügera, oraz zamachy bombowe w Berlinie i Wrocławiu. Panna młoda z kolej była siostrą żołnierza z oddziału. Wbrew wszelkim zasadom konspiracji w kościele znajdowało się 24 żołnierzy „Osy – Kosy”, czyli większość oddziału. Więźniów przewieziono na Pawiak celem przesłuchania. Zaszły tam również wypadki, które do dnia dzisiejszego nie zostały w pełni wyjaśnione. Jeden z aresztowanych żołnierzy „Kosy”, Andrzej Komierowski ps. „Andrzej” w grypsie wysłanym z Pawiaka informował, że identyfikacja aresztantów odbywała się w jednym z bocznych pokoi, a konfident pozostawał ukryty za drzwiami z matowego szkła. „Andrzej” nie miał przy tym wątpliwości, iż zdrajca dobrze znał członków oddziału. Ostatecznie, po kilkugodzinnej selekcji, zatrzymano w więzieniu 56 weselników, a pozostałych 33 zwolniono. Kim był ów kapuś? Władze AK podjęły od razu

You don't have permission to register